W piątek 11 września w Centrum Duszpasterstwa Młodzieży rozpoczęliśmy nowy cykl spotkań Nocnych Czuwań Młodych! Tym razem na warsztat bierzemy postaci z Nowego Testamentu. Przewodniczył nam ks. Przemysław Świderski.

Zaryzykować i poprosić o pomoc — ks. Przemek Świderski i Bartymeusz

Autor: Patrycja

Z pozoru historia Bartymeusza jest krótka. Niewiele da się z niej wydobyć. A jednak.

Ks. Przemek zaczął od przywołania postaci św. Ignacego z Loyoli, który uczył, by nie czytać Biblii „tak po prostu”, ale modlić się słowem Bożym i wyobrażać sobie to, co dzieje się w danej historii. Dzięki takiemu podejściu do Słowa Bożego możemy lepiej je rozumieć.

Ale wracając.

Fragment o Bartymeuszu zaczyna się od tego, że jego życie zatrzymało się na poboczu pewnej drogi.

My też czasem mamy w naszym życiu taki moment, w którym zatrzymujemy się w miejscu — wszystko wokół nas idzie do przodu i pozornie nadal pracujemy, chodzimy do szkoły, spotykamy się ze znajomymi, rodziną i żyjemy, ale tak naprawdę egzystujemy w totalnej apatii.

„Mimo że fizycznie nadal się rozwijamy, duchowo możemy stać w miejscu” — powiedział ks. Przemek.

Każdy z nas ma taki moment w swoim życiu, w którym przestał iść i się poddał. Czasem skutki tej decyzji są bardzo widoczne — ale często to cicha zmiana, która powoli wyniszcza nas od środka.

Zatrzymać może nas porażka. Choroba. Brak sił. Zmiana. A nawet ktoś inny.

Ogromny wpływ, szczególnie na młodego człowieka, mają jego rodzice, nauczyciele czy inni dorośli, w których szuka autorytetu. Słowa tych dorosłych budują albo niszczą. A gdy słyszy, że jest „beznadziejny”, „głupi”, „nie umie dbać o siebie” itd., zmienia się jego samoocena — co może prowadzić do bardzo głębokich ran.

To, że w pewnym momencie upadniemy, jest pewne. Ale to nie wyrok.

Jak zauważył ks. Przemek: „Upadek może stać się okazją do tego, że możemy powstać”.

Bo wiara — czy też, innymi słowy, siła — nie oznacza bycia idealnym. Idealny jest tylko Bóg.

Wiara oznacza, że nie poddajemy się, kiedy jest ciężko. 

Do tego jednak jeszcze wrócimy.

Bo „nie poddawać się” nie oznacza dźwigać wszystkiego samemu. Nie znaczy też udawać, że wszystko jest okej. To bzdura.

Kiedy udajemy, że dajemy sobie radę, gdy tak nie jest, nie pokazujemy siły. Zabijamy w sobie umiejętność proszenia o pomoc. Chcemy być kimś, kim nie jesteśmy. A Bóg stworzył nas jako wspólnotę — potrzebujemy drugiego człowieka. A tak długo, jak uważamy, że jest inaczej, nie potrafimy znaleźć prawdziwego piękna w życiu i sił do zmagania się z tym, co trudne.

Bartymeusz był człowiekiem, z którym nikt się nie liczył. Ślepcem. Nazwany imieniem Bartymeusz — czyli syn Tymeusza. Ocenianym przez pryzmat ojca. Żebrakiem.

Był nikim w oczach tłumu.

Często stajemy się do niego podobni. Jesteśmy ślepi na świat dookoła nas — na dobro, piękno, Boga, drugiego człowieka. Często też jesteśmy oceniani przez pryzmat naszych rodziców.

Ale najbardziej żebrzemy.

My już nie prosimy o pieniądze, a przynajmniej nie tak często. My żebrzemy o coś innego. O lajki pod postami. O odpowiedź na wiadomość. O uwagę. O minimum okruchów miłości. O to, żeby komuś wreszcie na nas zależało.

I my też — dla tłumu ludzi wokół nas — nie jesteśmy ważni. Bo czemu mielibyśmy być? Czym różnimy się od żebraka siedzącego przy ulicy i proszącego o monetę?

Od Bartymeusza na pewno tym, że niektórzy z nas się poddali i przestali walczyć. A to najgorsze, co można zrobić.

Wielu z nas też przestało słuchać. A pomoc — tak jak i Bóg — zazwyczaj przychodzi po cichu, jak powiew wiatru.

Nasza wiara często zaczyna się od słuchania.

I nie chodzi o ilość — „O, ja przesłuchałam wszystkie kazania ks. X”; „A ja całe Pismo Święte na audiobooku” — ale o jakość naszego słuchania. Można słuchać wiele, ale nie usłyszeć nic. A można też usłyszeć tylko jedno słowo, które całkowicie zmieni nasze życie i pociągnie nas do Jezusa.

„Pan Bóg w naszym życiu też zaczyna od małych rzeczy” — powiedział ks. Przemek, tłumacząc, że uzdrowienie Bartymeusza zaczęło się od zwykłego żebrania przy ulicy i nasłuchiwania, kto idzie.

A szedł nie kto inny, niż Jezus. Bóg.

A Pan Bóg nie widzi w nas tylko ślepca, dziecka naszych rodziców, żebraka ani nawet naszych grzechów. Nie widzi w nas nawet tych imion, które nadal nadają nam inni albo które sami sobie nadaliśmy.

On zna nasze serca. On wie, że potrzebujemy pomocy. Dlatego jest w naszym zasięgu.

Dla tłumu Bartymeusz, tak jak i my, nie jest nic wart. Ale...

„Dla Jezusa ten człowiek (...) ma twarz, historię, jest warty, by się dla niego zatrzymać” — mówił ks. Przemek.

Nie jesteśmy dla Niego naszym grzechem, chorobą, słabością, tym, co nas zraniło. On widzi pod tym wszystkim naszą prawdziwą twarz:

„Jezus chce oddzielić Twoją tożsamość od Twoich ran”.

Nie jesteś depresją. Nie jesteś problemem. Nie jesteś beznadziejny. Nie jesteś tym, czym myślisz, że Twoja krzywda Cię uczyniła. Nie.

Jesteś dzieckiem Boga, godnym i wartym Jego pomocy.

Karmiąc się u niewłaściwego źródła, nigdy nie będziemy najedzeni — biorąc okruchy z relacji, internetu, adrenaliny czy przeróżnych substancji, możemy dać sobie „ochłonąć” na chwilę. Ale głód znowu wraca, bo one nie potrafią nasycić.

Potrzeba takiego chleba i takiej wody, po której pragnienie gaśnie na zawsze.

Tłum uciszał Bartymeusza. On zaczął wołać — chciał, by Jezus go zauważył, ale spotkał się z krytyką. Też często tak mamy. Widzimy, że dzieje się coś złego, ale gdy próbujemy o tym powiedzieć, słyszymy: „nie dramatyzuj”, „inni mają gorzej”, „młody/a jesteś, jeszcze nic nie wiesz o życiu”, „życie to nie bajka”...

Wszyscy ignorują. A potem są najgłośniejsi, płacząc na pogrzebach, bo ktoś nie wytrzymał. I się dziwią, i pytają, jak mogli nie zauważyć, że coś jest nie tak.

Wiem, są to mocne słowa. Ale jakich użyć?

Nie każdy jest tak silny jak Bartymeusz. On, gdy był uciszany, wołał jeszcze głośniej. Ale jest wielu takich, którzy nie mają w sobie tyle odwagi, by zawołać ponownie.

Nie pozwólmy więc, żeby to przez nas ktoś przestał wołać.

A to wołanie, szczególnie u nastolatków, nie zawsze jest takie oczywiste. Rzadko jest to usłyszane zdanie: „proszę, pomóż mi”. Dużo częściej to bunt. Pogorszenie ocen. Krzyk. Wracanie do domu pijanym czy, nie daj Boże, po naćpanym. Samookaleczanie.

Takie wołanie łatwiej zignorować, bo nie jest piękne i jak z obrazka. Nie chcemy dostrzegać tego, jak nasi przyjaciele, rodzina czy ktoś z otoczenia nagle „się stacza”. Oddalamy się wtedy, kiedy ktoś najbardziej nas potrzebuje. Chcemy uciszyć problem, udawać, że go wcale tam nie ma.

Ale ten żebrak nadal tam jest.

Nadal liczy na pomoc.

A nie daj Boże jeszcze powiemy temu człowiekowi, żeby bardziej się modlił, to mu przejdzie. To nie działa.

Bóg, oczywiście, czyni cuda. Ale modlitwa to nie „chcę = mam”. A wymuszona modlitwa... Nawet nie chce mi się tego komentować.

„Proszenie o pomoc specjalistyczną nie jest objawem braku wiary, ale oznaką troski o siebie” — wyjaśniał ks. Przemek.

A modlitwa?

„Twoja modlitwa będzie piękna, kiedy będzie płynąć z Twojego serca”.

Nasze cierpienie — fizyczne, psychiczne czy duchowe — nie jest obojętne Bogu. On cierpi razem z nami. On je widzi i chce goić nasze rany.

Jezus widzi Bartymeusza i każe go do siebie przywołać — i nagle tłum całkowicie zmienia swoje postępowanie. Nagle się cieszy i jest w dobrej myśli.

Jest zmienny. Niestały.

Nie bądźmy bezimiennym tłumem dla drugiego człowieka, lecz wspólnotą — grupą, która jednoczy i dba o siebie nawzajem.

Ale nawet w tłumie, nie ma takiej bezimienności, w której Bóg nas nie zobaczy.

On ma na Ciebie czas.

Nie narzucasz się.

Idź do Niego.

Spróbuj.

A kiedy widzisz kogoś w potrzebie i nie wiesz, co zrobić, zrób tę jedną rzecz, którą możesz — pokaż mu, gdzie jest Jezus.

Żebrak zaryzykował. Zostawił swój płaszcz i poszedł do Jezusa.

Tak jak my ryzykujemy. Zostawiamy za sobą wszystko, by iść za Bogiem. Nasze uprzednie życie. Nałogi. Doczesne „radości”. To, co dla nas ważne — ale ciągnie nas na dno.

Jeśli chcemy, żeby było lepiej, nie da się iść dalej przez życie z tym, co nas zabija. To nie jest łatwe. Czasami kosztuje nas to więcej, niż byśmy chcieli przyznać. Ale ostatecznie widzimy, że gdybyśmy tego nie zostawili, stracilibyśmy z horyzontu to, co najważniejsze — Boga.

A co robi Jezus, gdy Bartymeusz zbliża się do Niego?

Pyta: „Co chcesz, żebym Ci uczynił?”

Trudne pytanie. Bo mężczyzna Go nie znał. Nie wiedział, o co może prosić. Mógł chcieć monetę. Mógł chcieć mnóstwo pieniędzy, żeby już nigdy nie żebrać. Mógł... wszystko.

A ja, gdy nie muszę nikomu nic udowadniać, czego tak naprawdę chcę?

Będąc twarzą w twarz z Jezusem, mogąc prosić o wszystko — o co ja bym prosił(a)?

Każdy z nas powinien zadać sobie to pytanie.

Bartymeusz prosi o uzdrowienie — o to, czego tak naprawdę potrzebuje.

Jezus daje mu wzrok — i możliwość normalnego życia w społeczeństwie. Przywraca mu sprawczość. Przywraca mu wolność od tego, co ciągnęło go w dół — aby nie musiał już siedzieć w miejscu.

My też, prosząc o pomoc, możemy znowu powstać i ruszyć dalej. Czasem trochę to trwa, ale z Bogiem na pewno się uda.

Ks. Przemek podsumował konferencję słowami: „Bądźcie w dobrej myśli, bo u Pana Boga nie ma nic straconego”.

Więc nie bójmy się prosić o pomoc. A jeśli trzeba, krzyczmy po nią bardzo głośno.

Jeśli Ty też mierzysz się z czymś, co zatrzymało Cię w miejscu, zgłoś się do nas. Nasze duszpasterstwo prowadzi program bezpłatnej pomocy psychologicznej dla młodzieży. Czasem wystarczy zrobić ten pierwszy krok i zawołać — potem będzie już łatwiej.

Po konferencji mieliśmy czas wolny na integrację z innymi młodymi ludźmi z naszej wspólnoty (najlepsze towarzystwo!). Następnie adorowaliśmy Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie i prosiliśmy Go o pomoc w naszych trudnościach.

Później uczestniczyliśmy we Mszy Świętej, którą koncelebrował ksiądz neoprezbiter Karol Borkowski, za co bardzo mu dziękujemy (razem z innymi księżmi)!

Dziękujemy wszystkim zaangażowanym w organizację tego wspaniałego wydarzenia: muzycznym z zespołu Tu i Teraz, medialnym, kulinarnym, uczestnikom, księżom posługującym w konfesjonałach i przy ołtarzu, ks. Radkowi Piotrowskiemu, a przede wszystkim Panu Bogu — za to, że postawił przed nami tak świetnego księdza (ks. Przemysława Świderskiego), który cały czas nam posługuje, a teraz mógł pokazać nam drogę do szczerszej wiary, odważniejszego życia we wspólnocie i dostrzeżenia potrzeb naszych bliźnich!

Dziękujemy Wam wszystkim za tworzenie tak licznej, pięknej wspólnoty (a nie tłumu)!

Do zobaczenia w październiku — tym razem tematem będzie: „Jan Chrzciciel — odwaga bycia głosem, a nie echem”, a odwiedzi nas nie kto inny jak Michał PAX Bukowski!

Niech Bóg Wam wszystkim błogosławi!

 

Relację opracowała: Patrycja Wesołowska

 

 



Zdjęcia pochodzą z serwisu www.freepik.com